Wywiad z Maciejem Cuske

Na tegorocznym festiwalu Przeźrocza nagrodę Otwartego Oka otrzyma Maciej Cuske za film „Wieloryb z Lorino”.
Poniżej wywiad z autorem filmu, który przeprowadziła Katarzyna Nowicka.

Maciej Cuske – Wieloryb z Lorino


Mój koniec świata


Katarzyna Nowicka: Często w myślach, słowach, marzeniach przenosimy się na koniec świata. Będąc na Czukotce czułeś, że to właśnie to miejsce?


Maciej Cuske: Na pewno to był mój koniec świata. Byłem w miejscu, które było najdalej wysuniętym miejscem naszego kontynentu. Czuło się jego niezwykłość. Miałem wrażenie, że tam rodzą się chmury – powstając z ziemi, łączą się z niebem i wodą, zasnuwając to wybrzeże. Podczas podróży Cieśniną Beringa, płynęliśmy i okalaliśmy Przylądek Dieżniowa, najdalej wysunięty na wschód półwysep kontynentu. Była tam kiedyś wioska Naukan, w której urodziła się jedna z bohaterek. I tam naprawdę czułem, że dotarłem do końca.


KN: Początkowa narracja, to przedstawienie historii początku świata zupełnie innego od tego, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni. To taka czukocka legenda, a w zasadzie wariacja na temat początku świata. To połączenie się Nau z wielorybem.


MC: Mnie to przypomina wszystkie eposy o początku świata. Tak jak u nas Ewa z żebra, a mężczyzna z ziemi, tam trochę odwrotnie, kobieta istniała od zawsze i żyła wśród dzikiej przyrody. Pewnego razu ujrzał ją przepływający wieloryb, który się w niej zakochał i postanowił zostać człowiekiem. Jest to piękna, kolejna próba zrozumienia skąd jesteśmy i co robimy na tym świecie. Mnie ta legenda pięknie wypełniała obraz tego, kim jesteśmy. W tej legendzie wyszliśmy z natury. Tak naprawdę jest ona bardzo nowoczesna. Do tej pory, w różnych miejscach, często zabrania nam się myśleć, że człowiek powstał w wyniku ewolucji.
A tam jest to bardzo naturalne, ponieważ „Jesteśmy wprost z wieloryba”.


KN: „Wszyscy żyli razem w szczęściu”, wieloryby z ludźmi. Mówimy tu o symbiozie między egzystencją ludzką a życiem przyrody. Ale ta piękna historia współistnień kończy się w momencie zabicia „swojego brata wieloryba”. Z drugiej strony pani w muzeum opowiada dzieciom, że „Dzięki wielorybom żyją tu od setek lat”. A więc jest tu jeszcze miejsce na harmonię między przyrodą a człowiekiem? Czy człowiek jest tylko od niej uzależniony?


MC: Obawiam się, że życie w harmonii z przyrodą to utopijna wizja rzeczywistości. Owszem jest teraz taka tendencja, aby do tego wracać. Tam jeszcze czegoś takiego nie ma. W przypadku społeczności czukockiej tą harmonią jest niezaburzenie jakiegoś odwiecznego cyklu życia. Wieloryby jedzą kryl i mają swoich wrogów w naturze. W przyrodzie wszystko ze sobą walczy, wszystko jest regulowane, a przez to istnieje w niej jakiś porządek. To nie Czukcze zaburzają ten rytm natury. Są oni raczej ofiarami tego, co robi cywilizacja. Raz już zostali przez nią zmienieni i wykorzenieni. Stracili wtedy wszystko co mieli – swoją kulturę i tradycję. Paradoksalnie to właśnie dała im cywilizacja. To, że wielorybów jest coraz mniej, to nie jest ich wina. To wina cywilizacji, krajów uprzemysłowionych, które odławiają je na potęgę. Czukcze polują na ich nieznaczną część i nie czerpią z tego pieniędzy. Wszystkie wieloryby, które upolują dzielą między siebie. Latem każdy mieszkaniec wioski może wziąć tyle mięsa ile potrzebuje. Na zimę składa się dużą część mięsa na zapasy i tylko ta część jest
sprzedawana ale wyłącznie mieszkańcom osady.

KN: Polowanie na wieloryba to szansa na spłacenie długu, szansa na zjedzenie porządnego posiłku i na co jeszcze?


MC: Polowanie jest jeszcze szansą na przywrócenie tym ludziom godności, kultury i tradycji. Będąc tam, odniosłem wrażenie, że myśliwi mają tam największy szacunek wśród całej społeczności, ponieważ to oni pracują dla reszty. Kiedyś w tej społeczności, wszyscy pracowali dla wszystkich. To były małe społeczności, małe osady i każdy od dziecka do staruszka, wypełniał jakąś rolę dla pozostałych. Dzieci nosiły wodę, wybierały jajka ptakom. Staruszkowie oprawiali skóry. Każdy coś dla tej wioski robił. I w ten sposób rodziła się jakaś kultura, tradycja, a przede wszystkim wspólnota. Teraz jest to już bardzo mocno zaburzone. Część nie ma żadnej pracy, dostaje jakieś marne zapomogi i pije. Zatracił się sens życia. Wtedy tym sensem była po prostu wspólnota i wspólna praca po to, aby przetrwać. A przy okazji, przez setki lat, rodziły się: kultura, tradycja, śpiewy, tańce, wypełnianie czasu wolnego, świąt, rytuałów. Teraz tego nie ma i dlatego polowanie na wieloryba jest szansą na odrodzenie się części tego dziedzictwa. Myślistwo to część ich tradycji, a osoby które to robią wypełniają część tej kultury, która odeszła.


KN: „W Związku Radzieckim to się żyło. I wypłata była”. Mimo opresyjności czasu i
reżimu, mieszkańcy Czukotki wspominają ten czas jako etap stabilizacji w codzienności. Dumnie przechadzają się wokół popiersia Lenina.. Czy w ludziach Wschodu, wciąż czuć jest silną tęsknotę za „dobrym” komunizmem”?


MC: Są dwa przykłady. Jednym jest eskimoska – babcinka, cudowna osoba, która pamięta jeszcze wioskę Naukan, gdzie się urodziła. Osada ta, znajdowała się na najdalszym końcu świata. Warunki życia były tam nieprawdopodobnie surowe. Ona wspomina to jako raj i najpiękniejszy czas w swoim życiu. Dla niej komunizm równał się z tym, że ZSRR pobudował domy, szkoły, a także jako jedną z pierwszych zburzył jej wioskę. Przeniesiono ją do większej osady, gdzie byli zarówno Czukcze, Eskimosi jak i Rosjanie. Później, komunizm stał się dla niej synonimem pijaństwa ojca, męża, a teraz pijaństwa córki. Smutne rzeczy w jej domu widziałem. A to cudowna, wspaniała osoba, która żyła wspomnieniem tej pierwotnej jarangi, w której dzieci spotykały się i słuchały bajek. Dla niej to tam było ciepło i przytulnie pomimo mroźnych zim i schronienia w jarandze ze skóry. Pokolenie tych młodszych osób, urodziło się w komunistycznej Czukotce, gdzie był prąd, dobra praca, pieniądze i inwestycje z ZSRR. Losza był brygadzistą na fermie i zarabiał bardzo dobre pieniądze (jak na Czukcza przynajmniej) i rzeczywiście miał wszystko. Były warzywa, a nawet hodowane zwierzęta – ogromnym kosztem, ale mieli nawet krowy w kołchozie.
Dla Czukczów praca jest synonimem godności, ponieważ są wtedy w stanie zapracować sami na siebie. Kilkanaście lat wcześniej, kiedy zimy były bardzo ciężkie, a radziecka Rosja upadła i przez wiele lat nie mieli żadnego wsparcia od państwa, myśliwi przez kilka tygodni nie mogli wyjść na polowanie, a lisy które hodowali na futra, zaczęły zdychać z głodu. Było jasne, że jeszcze dwa, trzy dni i wszystkie zdechną. Jaki był ratunek? Oddać swoje psy. Ze łzami w oczach, Losza opowiadał mi, o tym jak stracił swoich przyjaciół. Był akurat tym Czukczem, który nie miał psów zaprzęgowych i nie traktował ich użytkowo, lecz od zawsze patrzył na psy jako swoich przyjaciół. Swojego najwierniejszego i najkochańszego psa zabił po to, żeby nakarmić nim lisy, które już wtedy stanowiły dla niego marną pensję. Krótko potem pogoda się poprawiła i myśliwi poszli na polowanie. Jednak te dwa, trzy dni mogły zaważyć na życiu tych lisów. To była państwowa praca. Teoretycznie możemy stwierdzić, że
nie miała prawa go obchodzić, a jednak dawała mu godność. Każdy ma poza tym sentyment do młodości i ją idealizuje, prawda? Inną młodość i dzieciństwo miała więc pani eskimoska – pani z muzeum, a inną Losza – brygadzista na fermie lisów,
która dzisiaj upada i stanowi jedynie pozostałość godności pracy dla kilku osób.


KN: „W Lorino rozkwitają rumianki”. W nazwie tej miejscowości kryje się tyle melodyjności i subtelności. Czy ten wyidealizowany obraz tkwi w mentalności mieszkańców Czukotki, czy mają świadomość że w innych końcach świata, żyje się inaczej?


MC: Do nich dociera już cywilizacja. Mają telewizory, ale informacje które do nich docierają są odpowiednio przefiltrowane. Oni widzą bogactwo dużych miast. Mają świadomość, że są Rosjanami i częścią wielkiego imperium, które w telewizorze wygląda na wspaniałe i silne, ale mają też poczucie, że są obywatelami drugiej kategorii. Nawet na swojej ziemi, spełniają gorsze role społeczne w urzędach, czy sklepach. Prawie zawsze lepiej płatne prace obejmują Rosjanie, a Czukcze pracują na gorzej płatnych stanowiskach. Nauczyciele są raczej Rosjanami, ale sprzątaczka może być Czukczem. Czukcze mają poczucie, że choć są częścią cywilizacji, to znajdują się na jej marginesie. W Rosji bardzo popularne są żarty o Czukczach jako o ludziach – co nic nie wiedzą i nic nie rozumieją. Obiekt pomyłek to zawsze Czukcza.


KN: Często spoglądamy na inną kulturę przez pryzmat własnej. Obserwując czukocki świat nie mogłeś być tylko z zewnątrz. Musiałeś otworzyć się na tamte zwyczaje i tamtą codzienność. Długo trwał proces Twojej asymilacji, żeby Czukcze Cię zaakceptowali i uznali za jednego z nich?


MC: To był trudny proces. Jednak, przy każdym filmie pojawia się ten sam problem. Tego, że to inna kultura, nie odczuwałem aż tak mocno. Dla mnie kultura rosyjska jest dosyć bliska i jakoś naturalnie przychodzi mi kontakt z tą tradycją. Rosjanie dali mi bardzo dużo wsparcia. Choć w filmie nie zbliżam się aż tak mocno do bohaterów, to jedną z ważnych dla mnie postaci była sklepowa, Rosjanka z Tomska w głębi Rosji. Wspaniała osoba, która czukocką wieś trzymała żelazną pięścią. Co roku do wioski przypływają towary. Przez trzy dni wszyscy mieszkańcy rozładowują towar
pod komendą sklepowej. Jest bezwzględna i wszyscy wykonują jej polecenia. Wiedziałem jednak, że jest dobrym człowiekiem. Jej działania miały na celu to, aby towar znalazł się jak najszybciej na półkach. Żeby mogła go policzyć i nim rozdysponować oraz zastanowić się co kiedy sprzedać i jak to zrobić, aby wystarczyło do końca roku. Miała poczucie misji. Dzięki takim Rosjanom, którzy mi zaufali, Czukcze nabierali zaufania do mnie. Rosjanie i Czukcze żyją razem. Nie wyczułem antagonizmów pomiędzy Czukczami a Rosjanami wewnątrz tych miejscowości. Skazani są oni na tę samą pogodę, na to samo przeżywanie, na ten sam telewizor, na ten sam dom przykryty śniegiem zimą przez 9 miesięcy. Tworzą wspólną społeczność. Jedyne różnice przychodzą z zewnątrz, to one dzielą ludzi.


KN: Niedawno otworzyłeś wystawę na Mostowej, a już za moment premiera „Wieloryba z Lorino” w Bydgoszczy. Długo czekałeś na ten moment. Jakie emocje towarzyszą Ci przed premierowym pokazem?


MC: Ogromnie się cieszę. Tworzyłem ten film prawie siedem lat. Oddałem mu kawał swojego życia. Wiąże się z nim mnóstwo niepowodzeń, frustracji, strachu i obaw, że to już nie wyjdzie. Teraz przychodzą do mnie te trudne emocje, w związku z pokazaniem filmu we własnym mieście. Tym bardziej, że prosiłem wielu przyjaciół, aby wstrzymali się z obejrzeniem go online, ponieważ bardzo chciałem pokazać im go na ekranie. Mam nadzieję, że będzie to niezapomniany wieczór nie tylko dla mnie, lecz także dla widzów, którzy przyjdą. A ci, którzy zobaczą tylko zdjęcia na wystawie, zauważą że jest inny świat.